Edward Guziakiewicz
OBCY Z ALFY CENTAURI

1

Akcja powieści przenosi czytelnika w niedaleką przyszłość — do drugiej połowy XXI wieku.

2

Obok dorosłych bohaterami toczących się zmagań z losem są w niej nastolatki.

3

W fabułę wplatają się dzieje dwóch potężnych obcych cywilizacji, w tym tytułowej — z Alfa Centauri.

4

Z wątkiem fantastyczno-naukowym wiąże się wątek sensacyjno-szpiegowski.

ULOKOWANY przy wjeździe do miasteczka średniej wielkości supermarket był otoczony przez podekscytowanych karabinierów. Ściągnięto ich tu kilkudziesięciu. Królowały kaski, tarcze, kuloodporne kamizelki i podobne ochraniacze na nogi. Ustawione bez ładu i składu wozy policyjne z migającymi światłami tworzyły istną barykadę, utrudniającą dotarcie do celu. Trochę dalej przycupnęły dwa furgony z nieobcym Johnowi oznakowaniem.

— Co, kręcą tu film?! — figlarnie zażartował, gdy kierujący ruchem młody policjant usłużnie pochylił się nad ich wozem. Epolety na kombinezonie Smitha mówiły same za siebie, więc tamten nie pytał, kim jest dwójka tajemniczych przyjezdnych.

Włoch odruchowo zasalutował. Znał dobrze angielski.

— O ile to wy jesteście producentami... — zręcznie odbił piłeczkę, z niekłamanym zaciekawieniem zezując na młodą damę za kierownicą. Ta właśnie zakładała okulary przeciwsłoneczne. — To pewnie ta hollywoodzka gwiazda, która ma się pojawić na planie? — był nad wyraz rozgarnięty i pozwolił sobie na dowcipny rewanż.

Alice parsknęła cichym śmiechem, zasłaniając sobie usta, a Smith przecząco pokręcił głową. Wyprowadził żartownisia z błędu.

— Niestety, będzie tylko widzem. Chociaż, kto wie? — zamyślił się na moment. — Ale do rzeczy — ocknął się. — Musimy się dostać trochę bliżej. My, no i ta pokaźna maszyna za nami... — odruchowo wskazał za siebie.

Młody policjant jeszcze raz zasalutował.

— Zrobi się — rzekł gracko. Nie brakowało mu ikry. Włożył do ust gwizdek i zabrał się żwawo do dzieła. — Vietato. Prego! — energicznie pokrzykiwał, zamaszyście wymachując rękami. Chwacko zagonił kilku karabinierów za kierownice, każąc im czym prędzej przestawić wozy.

Alice ostrożnie lawirowała między pojazdami, co rusz kładąc nogę na pedale hamulca, aż wreszcie wyłączyła silnik przy grupie cywilów. Słońce dźwignęło się już wysoko i ci przezornie się schronili w cieniu rosnących tu pinii i cyprysów, chociaż do sjesty było jeszcze daleko. Ciężarówka również przystanęła, blokując ostatecznie wyjazd z parkingu.

— Buon giorno. Co się dzieje?! — Smith gapiowato wyjrzał z wozu, udając niezdrowe zaciekawienie.

Podnieceni Włosi aż palili się do rozmowy.

— Proszę, niech pan rzuci na to okiem — starszawy facet z przejęciem ściągnął basco z głowy. Miał na sobie przepocone zielone polo, z trudem opinające wydatny brzuch. — Bezczelnie wdarli się tam mustangiem, z nikim i z niczym się nie licząc, jak najgorsi bandyci. A któż to widział? — rozwodził się, wymownie gestykulując. — Takich zbirów powinno się ładować do obozów pracy. Byłby wreszcie porządek jak się patrzy.

Smith łapał piąte przez dziesiąte z tego, co słyszał. Za dobrze nie znał włoskiego. W Chicago miał kilku kolegów makaroniarzy, ale ci wtrącali do rozmowy tylko pojedyncze słowa z rodzimego języka. Spoglądał ze zdumieniem na wyrwę, przez którą zbierający przekleństwa krewkich Włochów niepoprawni przybysze z kosmosu dostali się do wnętrza. Neon z nazwą supermarketu wisiał przechylony i wydawało się, że za chwilę spadnie i rozpryśnie się o ziemię.

— Ilu ich jest? — rzucił kolejną sondę, chcąc wycisnąć z nich jak najwięcej.

Jego rozmówca wyrzucił z siebie, co go gryzło i zaraz się uspokoił. Pozostali za jego przykładem z zainteresowaniem zbliżyli się do sportowego wozu, rezygnując z cienia. Byli dużo młodsi od tamtego z basco, mieli czarne kręcące się włosy i służbowe marynarki, a do nich krawaty z raczej lichego jedwabiu. Tacy nie ubierali się u Armaniego. Pewnie pracowali w merostwie lub w innym tutejszym urzędzie.

Jeden z nich znał dobrze angielski, więc zabrał się za tłumaczenie.

— Dwóch, a właściwie trzech, lecz ten za kierownicą wyglądał na śpiącego lub martwego. Kto wie, a może był nieprzytomny? Wyskoczyli z tego wehikułu, a ściśle biorąc wypełzli. Co za łajdaki, nieźle mieli w czubie. Jacyś naćpani, czy co? Sam tego nie widziałem, na szczęście dla siebie. Kierownik z supermercato twierdził, że dranie się czołgali. Wyczuł, co się święci i w te pędy wyprowadził kupujących przez zaplecze. Klientów nie było wielu, gdyż ci nikczemnicy zawitali tu z samego rana, tuż po otwarciu — padały objaśnienia.

— Są jacyś poszkodowani?

— Nie. Nikomu nie zrobili krzywdy.

— A co teraz robią?!

Niepewnie spojrzeli po sobie. Rozmawiali szybko po włosku, uzgadniając odpowiedź. Młody z wydatnym orlim nosem postawił na swoim, choć to zakrawało na ironię.

— Chłeptają oliwę.

Alice zachichotała, gdy to usłyszała. Podniosły się drzwiczki i z wdziękiem wysiadła z wozu. Skupiła natychmiast na sobie całą uwagę południowców. Fascynowała swą urodą. Przypięli się do niej i zaczęli strzępić języki. Tamten znowu tłumaczył.

— Grazie, grazie tante! — wyszeptał Smith do swoich rozbieganych myśli. Uzmysłowił sobie, że tutejszym nie przyszło do głowy, iż mogą gościć kogoś z kosmosu. Brano przybyszy za rozwydrzonych młodzików, którym nieźle odbiło.

Nie poszedł w ślady modelki i pozostał w samochodzie. Czuł rosnące podniecenie i przyklejony do siedzenia przez dobrą minutę mocował się z sobą, główkując nad tym, na co może się połakomić, a na co nie. Skoczyła mu adrenalina. Póki co, nikt z firmy nie próbował tu nerwowo interweniować i wydawać odgórnych poleceń. Miał więc wolną rękę i był jedynym wtajemniczonym w tym gronie. Szczerze mówiąc, poza nim nikt tu się nie orientował, co się naprawdę dzieje. Zamarzyła mu się błyskawiczna i sprawna akcja, uwieńczona stuprocentowym powodzeniem. Wreszcie podjął męską decyzję. Połączył się z ociupinę gapowatym Williamem i wydał mu półgłosem polecenie.

(...)