zobacz serwis
EDWARD GUZIAKIEWICZ
Obcy z Alfa Centauri

Rozdział pierwszy

Fragment powieści


N

igdy dotąd w bazie księżycowej, usytuowanej w pobliżu krateru Kopernika, nie panował taki chaos i komandor Venzeno Pacelli, krewki Włoch, ochrypł od wydawania rozkazów. Rozrywał uszy sygnał alarmu. Samoczynnie zamknęły się śluzy do bocznego skrzydła, w którym doszło do dekompresji i śpiesznie przeniesiono do ambulatorium tych, którzy wcześniej zdołali się cudem wyrwać z zagrożonego sektora. Udzielono im pierwszej pomocy i opatrzono ich rany. Będący bohaterem zajścia młody rosły Irlandczyk histerycznie utrzymywał, że przez masywną powłokę stacji wdarli się do środka odrażający obcy. Ci mieli przypominać poruszające się bez kończyn koszmarne ludzkie głowy. Nikt jednak nie dawał wiary jego bredzeniu — tym bardziej, że chłopak nie wyszedł dotąd z szoku. Takich dziwacznych istot nie było i musiało mu się coś przywidzieć. Okryty ciepłym pledem, siedział na dostawce i dygotał, trząsł się jak osika i z przerażenia dzwonił zębami. Aż żal było na niego patrzeć. Ktoś litościwy wetknął mu w dłonie kubek gorącej kawy. Zaordynowano mu sporą dawkę środka uspokajającego. Przejęty do głębi Pacelli mimowolnie założył, że przez ścianę przebił się — rzecz niezmiernie rzadka — niewielki meteor o piramidalnie dużej prędkości. Chodziły słuchy, że od czasu do czasu takie się pojawiały, pędzące jak pociski wystrzelone z działa, choć nie wiedziano, skąd się brały. Na pierwszy rzut oka ta hipoteza wydawała się przekonująca, nie wyjaśniała jednak tego, dlaczego leżący w ambulatorium mają obrzydliwe rany brzucha, a śpiący już snem wiecznym Bruno Solle, ofiara zajścia, doszczętnie poszarpane wnętrzności.

Opuścił ambulatorium, nigdy nie lubił tam zaglądać, nie znosił widoku krwi, a myślami umknął na okrytą błękitem planetę. Bogiem a prawdą, zafrasowanego komandora aż tak bardzo nie zajmowało, co za diabeł wywołał tę fatalną w skutkach dekompresję. Bardziej niepokoił się bowiem medialnymi następstwami niemiłej awarii. Nie miał pojęcia, jak na kłopotliwe zajście zareaguje Ziemia, a nie chciał, żeby przypadła mu w udziale rola chłopca do bicia. Ostatnio wszystko, co działo się na Księżycu, wywoływało niezdrowe emocje. Dziennikarze mogli mu zdrowo przetrzepać skórę, z premedytacją obrzucić go błotem i oskarżyć o nieporządek, niestaranność i niechlujstwo. W bazach Japończyków i Rosjan takie hece się nie zdarzały. Utrzymywał się na powierzchni dzięki słabiutkim koneksjom politycznym, więc lękał się niespodziewanych zawirowań, grożących jego kruchej karierze. Dwa obszerne zaszyfrowane radiogramy wysłał na planetę, pierwszy zaraz z rana, a drugi w południe, licząc według czasu Greenwich. Odebrano je w centrum komputerowym w Górach Skalistych. Niecierpliwie czekał teraz na odpowiedź, denerwując się, gdyż tamci z Ziemi ostentacyjnie ignorowali ustalone terminy emisji. Cóż, byli panami sytuacji i robili, co żywcem chcieli. Dopiero po przekazaniu mu sekretnymi kanałami szczegółowych instrukcji, mógł oficjalnie powiadomić środki masowego przekazu o wypadku i zwołać szumną telekonferencję Ziemia — Księżyc.

Jedenastu monterów w kombinezonach próżniowych w dużym pośpiechu pracowało nad likwidacją szkód. Chłopacy dobrze sobie radzili, byli biegli w takich akcjach, więc do siedemnastej miało być usunięte źródło dekompresji. Z poważniejszych uszkodzeń na baczną uwagę zasługiwało właściwie tylko jedno — był to wyżłobiony w blisko metrowej pancernej ścianie idealnie okrągły otwór o średnicy około pięćdziesięciu centymetrów. Zimna próżnia zaglądała złym okiem przez naprędce wybity wizjer do przytulnego wnętrza stacji. Niestety, przypadkowemu odłamkowi skalnemu nie można było przypisać tak upiornego dzieła.

Oglądających zagadkową wyrwę musiał przeszywać dojmujący chłód. Nikt nie chciał poczuć na sobie wszechpotęgi mrocznej księżycowej nocy. Z tym pokrytym skamieliną i pyłem satelitą bez atmosfery nie warto było zadzierać. Należało z rozwagą respektować jego prawa i dbać o rudymentarne środki ostrożności.

— Miło, że pan tu wdepnął, komandorze — niedbale rzucił jeden z dwu specjalistów od analizy gruntu, pozwalający sobie przy tym na niewybaczalną poufałość. — W pale się nie mieści, to prawdziwy majstersztyk — skwapliwie zwrócił jego uwagę na dosyć wyraźny obraz na ekranie monitora. Niewielka ruchoma kamera na wyginającym się na wszystkie strony cienkim przegubowym statywie krążyła wokół tajemniczego otworu jak osa, oferując im zbliżenia zadziwiającego wyłomu od najróżniejszych stron. Podobna sekundowała jej na zewnątrz bazy. — Zabawiali się czymś potężniejszym od lasera — kręcił z niedowierzaniem głową, wysilając mózgownicę. — Za nic w świecie nie chciałbym się na nich nadziać — z wrażenia przyciszył głos. — Chyba, żeby mi zależało, aby migiem trafić do piachu.

— Nie ma lekko, tego nie zrobił nikt z Ziemi — po chwili milczenia usłużnie dorzucił jego kompan. — Nasi nie dysponują takim arsenałem.

Pacelli skrzywił się z niesmakiem. Zarzucali go kasandrycznymi wieściami, a nie lubił, gdy go straszono. Analitycy byli nielicznymi cywilami i jak wszyscy bez stopnia wojskowego w bazie ostentacyjnie lekceważyli przepisy. Nie nosili optymalizującego ciężar ciała pasa z ołowianym obciążeniem. A poza tym mieli czupurny i szorstki sposób wyrażania się. Już otworzył usta, by zabrać głos, ale nie zdążył. Na zapiętym na nadgarstku komunikatorze zajarzyło się czerwone oczko. Wzywano go pilnie do sali łączności. Machnął więc ręką, rozgoryczony i zrezygnowany, odwrócił się bez słowa i z grobową miną opuścił słabo oświetlone pomieszczenie nadzoru. Udał się do windy, by zjechać na jeden z najniższych poziomów stacji. Stał w cicho sunącej w dół kabinie, oglądał wypielęgnowane paznokcie i zastanawiał się nad celowością segmentowej rozbudowy bazy na powierzchni Księżyca. Intuicja podpowiadała mu — podobnie jak innym, których tu wyekspediowano z Ziemi — że dużo bezpieczniej jest w głębi. Należało wwiercać się w grunt lub przynajmniej kryć się w solidnych kamiennych masywach, których tu nie brakowało. Panicznie lękano się uderzeń meteorów, choć prawdopodobieństwo, że dojdzie do prawdziwej katastrofy, bo coś naprawdę dużego trafi w stację, było zgodnie z wyliczeniami raczej niewielkie. Ileś tam zer po przecinku.

— Do licha, to irracjonalne — żachnął się, mrucząc pod nosem do siebie. — Nie ma co się bać na wyrost.

Rozszyfrowany tekst radiotelegramu spoczywał na płycie dyspozytora, a rozkazy były jednoznaczne i nie budzące wątpliwości, więc komandor poczuł niejaką ulgę. Mimo to na czole wystąpiły mu kropelki potu, a nogi się pod nim ugięły. Czystopis składał się z kilku jasnych zdań. Z instrukcji wynikało, że incydent w bazie księżycowej należy koniecznie ukryć przed opinią publiczną, a śmierć pracownika stacji przedstawić jako samobójstwo. Prychnął ze zniecierpliwieniem i zmarszczył brwi, a potem nerwowo przetarł oczy. Robiono z niego dudka. Działo się coś, co wymykało się mu spod kontroli. To zakrawało na skandal. Zapewnienie Ziemi, że zajście już się nie powtórzy, a stacji nic nie grozi, gdyż sprawcy pożegnali Księżyc i odlecieli, brzmiało cokolwiek złowróżbnie, jeśli nie jak wierutna kpina — i Pacelli pomyślał, że powinien ostrożnie pogawędzić z młodym Irlandczykiem, najlepiej w cztery oczy, by dowiedzieć się, co tamten naprawdę ujrzał. Przecież nie odwiedziły Księżyca figlarne skrzaty, ani nie wybrał się tu na wypoczynek brodaty święty Mikołaj. Wbił sobie tekst w pamięć.

— Czarno to widzę — ze ściśniętym sercem rzucił do dyspozytora, wkładając zadrukowaną kartkę papieru do niszczarki dokumentów. Z drugiej strony posypał się do pojemnika biały śnieg. Tamten wolał się nie odzywać, ale wyraz twarzy miał taki, jakby mu ktoś w nią napluł i kazał za to podziękować.

Wrócił windą na górę, po drodze smętnie medytując nad tym, co wciśnie dociekliwym dziennikarzom na Ziemi, gdy w odświeżonym mundurze zasiądzie przed kamerami w mieszczącym się obok centrum dowodzenia niewielkim studiu telewizyjnym, robiąc dobrą minę do złej gry. Nie cierpiał, gdy zmuszano go do roli krętacza i łgarza. Wiadomość o tym, że któryś z niższych rangą pracowników bazy w chwili słabości targnął się na swoje życie, nie należała do szczególnie ważnych, zatem nie musiał się specjalnie spieszyć. Czas go nie gonił. Zdecydował, że poczeka z zapowiedzią konferencji prasowej do godziny siedemnastej, gdy już zostanie ponownie otwarty sektor C, a ponure ślady po osobliwym zajściu bezpowrotnie znikną. Czuł się pewniej, gdy miał u siebie posprzątane.

(...)





Strona 2 z 4 <1 2 3 4 >